Dwa lata temu miałam taką chwilę, że zapragnęłam mieć w domu świeże kwiaty. To były małe bukieciki i z bardzo prostych, polnych kwiatów, ale bardzo mi się podobały i naprawdę wnosiły do salonu świeżość i radość. Niestety chwila ta nie trwała zbyt długo, a gdy zaczęłam szukać zdjęć to okazało się, że prawie w ogóle nie dokumentowałam tych moich kreacji. Wielka szkoda, bo po ostatnich mimozach chciałam pokazać tamte moje kwiatowe kompozycje; zwłaszcza, że wczoraj były Walentynki, więc akurat świetnie by pasowało :) Dobrze jednak, że sobie o tym przypomniałam, i że wciąż czuję, że to cudowna sprawa, mieć świeże kwiaty w domu. Tym razem postaram się być bardziej czuła na kwestię dokumentacji zdjęciowej, a może uda mi się nawet znaleźć nazwy wykorzystanych roślin; to byłoby równie piękne i ciekawe jak same kompozycje :)
Na blogu zbieram, ogarniam i pokazuję wszystko to, co robię lub już zrobiłam (a niekiedy tylko robiłam:) Wszystko na szydełku, bo kocham szydełko. Kiedyś było tu dużo kocyków, teraz jest slow fashion i moda curvy.
poniedziałek, 15 lutego 2021
czwartek, 11 lutego 2021
Kwiaty na Dzień Kobiet w lutym
Ha, tytuł posta jest przewrotny :)
Mimozy kwitły we Włoszech na początku marca, i dlatego tradycyjnie dawało je się chętnie same lub w bukietach na Dzień Kobiet. Tak jak u nas tulipany. Tyle, że od dobrych paru lat mimozy zaczynają kwitnąć coraz wcześniej i w tym roku całe drzewa są intensywnie żółte już teraz, czyli na początku lutego. Na zdjęciach pokazuję trzy wazoniki z mimozami, którymi udekorowałam sobie cały salon z kuchnią :) Przepięknie i bardzo mocno pachną i wyglądają naprawdę radośnie. Cieszą oko pomimo moich niezdarnych prób ułożenia ich w zgrabne i eleganckie kompozycje :)
A same mimozy dostałam od sąsiadów :)
poniedziałek, 8 lutego 2021
Duży obrus zrobiony na widełkach
Szydełkowy obrus zrobiony na widełkach
czwartek, 4 lutego 2021
Kartka bożonarodzeniowa rok 2020
Jak zrobiłam kartkę świąteczną w 2020 roku
Bardzo mnie cieszy to, że wszystkie kartki doszły w końcu do adresatów; tym większą sprawiając radość, że na przełomie stycznia i lutego nikt ich już w ogóle nie oczekiwał ;) Wysyłając je w połowie grudnia miałam nadzieję, że dojdą na czas, choć jednocześnie obawiałam się też trochę, że może im się nie udać. Nie spodziewałam się oczywiście, że zajmie im to sześć tygodni, ale te pierwsze tygodnie były pełne nerwowego oczekiwania na sygnał, że jest! któraś doszła!, i złości na samą siebie, że nie ogarnęłam tego wyzwania wcześniej.
Złości jak najbardziej zasadnej, bo rzeczywiście dość długo mi się zeszła praca nad tymi kartkami; choć po ich wymyśleniu i zrealizowaniu całość wydaje mi się tak prosta i szybka, i wręcz dziecinnie łatwa, że aż sama swojemu ślimaczemu tempu się dziwię :) Teraz chyba rozumiem, że największy błąd popełniłam zaczynając całą pracę od szukania fajnych pomysłów w sieci i nerwowych (i czasochłonnych!) prób odtworzenia pokazywanych przez najróżniejszych kreatywnych ludzi ich rysunków, wyklejanek, projektów wielorakiego typu. Niestety nic ciekawego mi z tego nie wychodziło, i tak próbując i frustrując się brakiem oczekiwanego efektu pozwalałam mijać tygodniom. A tyle jest cudownych pomysłów i propozycji, że ciężko coś wybrać, i na coś się zdecydować, i zaakceptować fakt, że włożony wysiłek nie przyniósł zamierzonych rezultatów.
Następnym razem będę już mądrzejsza:)
A gdyby ktoś chciał zainspirować się moimi kartkami świątecznymi to będę przeszczęśliwa i dumna, a poniżej pokazuję etapy tego procesu.

poniedziałek, 1 lutego 2021
Własnoręcznie zrobione kartki świąteczne 2020
Własnoręcznie zrobione kartki świąteczne i ich długa podróż
Kartki świąteczne zrobiłam w tym roku sama. To znaczy w zeszłym roku. Kiedyś robiłam je naprawdę bardzo często, i na Boże Narodzenie i na Wielkanoc; gdy akurat nie mogło mnie być w domu na święta to chociaż chciałam, aby była kartka ode mnie.
W zeszłym roku usiadłam do robienia kartek z życzeniami pod koniec listopada, i bardzo chciałam zdążyć na czas. Fakt, że dość długo mi się zeszło, z wielu powodów, zależnych i niezależnych ode mnie, ale 16 grudnia wysłałam wszystkie kartki z nadzieją, że może jednak uda im się dojść na czas. A jak nie na Święta to chociaż przed Nowym Rokiem. Tak się spieszyłam, że nawet zdjęć im nie zrobiłam (to bardzo znaczący fakt w moim wypadku!), gdy już były wszystkie gotowe i tak ładnie razem wyglądały.
Ale cóż, doszły dopiero pod koniec stycznia. Sześć tygodni zajęło im pokonanie niecałych 2 tysięcy kilometrów. Poczta włosko-polska sprawiła niektórym niespodziankę tak w okolicach Dnia Babci i Dziadka :) Gdybym przypuszczała, że taka sytuacja może zaistnieć to dodałabym odpowiednią wkładkę :) Niektórym jeszcze później!
Dlatego też te moje samodzielnie zrobione dla znajomych i rodziny kartki świąteczne pokazuję dopiero dzisiaj, pierwszego lutego :) Lepiej późno niż wcale, i rzeczywiście naprawdę martwiłam się, że te życzenia świąteczne nigdy już nie trafią do adresatów. Tym bardziej więc szczęśliwa, że doszły, dumna, bo się podobały i wdzięczna obdarowanym za chętną i obfitą współpracę przy tworzeniu części fotograficznej tego posta (baaardzo dużo zdjęć zrobili i mi przysłali, tak abym mogła godnie pokazać moje produkcje), z olbrzymią i szczerą radością chwalę się kartkami świątecznymi 2020!
Ps. Tak się zastanawiam czy już nie jest za późno na wysłanie kartek wielkanocnych :)
czwartek, 28 stycznia 2021
Moje pierwsze szydełkowe mandala
Moje pierwsze szydełkowe mandala
Niesamowita jest moja szydełkowa pamięć - wydaje mi się, że było to parę miesięcy temu, ale mój szydełkowy notatnik jasno twierdzi, że moje pierwsze szydełkowe mandala powstały ponad cztery lata temu, latem 2016 roku. Prowadzę go wprawdzie z różną częstotliwością i ambicją, nie zawsze wszystko wpiszę i zanotuję, ale naprawdę nie mam powodu mu nie wierzyć :)
Ja pamiętam jakby to było wczoraj - te pozytywne, uskrzydlające i ponaglające emocje, które mi towarzyszyły podczas pracy, kiedy to wyobrażałam sobie jakie piękne mandala stworzę, jak harmonijnie zgram kolory, jak spektakularnie będą się prezentować na ścianie powieszone w formie obrazu, jakie piękne podarunki będę mogła z nich robić; i gdy zastanawiałam się, dlaczego nie wpadłam na ten pomysł wcześniej...!? Niestety nie zapomniałam po drodze nużącego procesu szydełkowania (nie lubię tak cienkich włóczek i malutkich szydełek), problemów z kolorami i wątpliwości co do ich ułożenia, wielogodzinnego (prawie!) chowania nitek, źle układających się kręgów, źle napisanych wzorów i/lub moich błędnych ich interpretacji. Świetnie pamiętam prucie, prucie, prucie. I raz jeszcze prucie....
To, co udało mi się wtedy wyszydełkować uważam dzisiaj za nie-takie-złe :) Szkoda, że tak szybko zrezygnowałam, bo niektóre mandala mają w sobie potencjał :) Cieszę się, że je odnalazłam podczas kolejnych porządków lockdownowych, i że odnalazłam w sobie chęć i entuzjazm, aby popracować nad tym moim projektem. Poczytałam też sobie trochę o znaczeniu kolorów i wydaje mi się, że mam teraz większą chromatyczną pewność siebie. Oby przełożyła się na kolejne, coraz cudowniejsze i niepoliczalne wręcz ilości nowych mandala! Taki mam plan :)
Prosto i przystępnie napisała o kolorach Natalia Szubicka na party.pl ("prosto i przystępnie" bo ja bardzo niewtajemniczona jestem w te filozofie), i to za nią cytuję poniżej znaczenie kolorów; ale najpiękniejszy opis znalazłam na stronie mojajoga.wordpress.com "Kolory i ich znaczenie"
I wprawdzie kolory dobierałam z akurat posiadanych wówczas kłębków, bardziej kontrolując grubość włóczki niż efekt estetyczny, to i tak wśród wielu możliwości wybrałam to:
"Niebieski - jest symbolem pewności siebie, zgodności, spokoju, zrównoważenia, uporządkowania i wyciszenia. W aspekcie negatywnym wskazuje na wewnętrzny chłód, naiwność, pustkę, niechęć do podejmowania działań.
Biały - symbolizuje czystość, doskonałość, cnotliwość, niewinność, podejście rzeczowe i konkretne. W znaczeniu negatywnym oznacza wyniosłość, chłód emocjonalny, obojętność, przesadny, a nawet chorobliwy perfekcjonizm."
Ha, kto by pomyślał :)
poniedziałek, 18 stycznia 2021
Niespodzianka przy porządkowaniu
Od czasu do czasu, nie zawsze na początku roku, ale rzeczywiście dość często w ramach jakiegoś czasowego podsumowania, robię porządek w wełnach, kordonkach, zaczętych projektach, fachowych gazetkach i notatkach wszelkich. Zawsze wiąże się to z olbrzymimi emocjami, niekoniecznie pozytywnymi prawdę mówiąc, bo znajduję/przypominam sobie o wszystkich tych moich pomysłach, z których nic nie wyszło :)
W tym roku było natomiast zupełnie pozytywnie, bo parę rzeczy owszem, mam do skończenia, ale - uwaga! uwaga! - uważam, że naprawdę dam radę je skończyć :)
Za dodatkową i bardzo miłą niespodziankę uznaję fakt, że udało mi się, chyba w ogóle po raz pierwszy!, zebrać w jednym, konkretnym, precyzyjnym i stałym miejscu wszystkie moje narzędzia pracy ręcznej. Mają więc teraz swój własny kosz wszystkie moje gazetki, szydełka, druty, widełki, igły, frywolitki, a razem z nimi mini-krosno i dwa młynki do plecienia. Tych ostatnich jeszcze nigdy nie używałam ;)